środa, 18 grudnia 2019

Zakochana brzmi jak enamorada - Nowość - premiera kwiecień

Zakochana brzmi jak enamorada - Nowość - premiera kwiecień


Autor: Elżbieta Walczak


"Zakochana brzmi jak enamorada", to nowa powieść Eli Walczak - premiera w kwietniu


Włączyłam muzykę i zaczęłam uwalniać stres. Chyba mi w końcu odbiło, tak się przynajmniej czułam. Płakałam i pląsałam, podskakiwałam i śpiewałam. Nazwałabym to bardziej rzężeniem przez łzy.

- Daj mi jakiś znak! Zlituj się! – wykrzyczałam i padłam na podłogę. Leżałam tak w ciszy jakąś godzinę.

*

- Czy ona nas wzywała? – Gburek siedział w lewym rogu głowy i głaskał mój mózg. – Już? Wykrzyczałaś się?

- Nie licz na to, że ci odpowie. – Nieśmiałek skakał po moim płacie skroniowym.

- Myśli, że istniejemy. – Mędrek ssał palca. – To choroby przeszłości. Co nie, Apsik?. – Nie wie, że nie mamy z tym nic wspólnego. Tylko się bawimy, dziewczynko. Kieruje tobą coś więcej. Nie jesteś dzieckiem, dlatego podnieś się z tej podłogi i nie mamrocz. Przynajmniej nie wtedy, jak jem.

- Co gada? – Spytał Wesołek. – To samo, co wszyscy? Czy ma jakaś nową mantrę. Pozwólcie, że w końcu uwolnię swój śmiech.

- Żyjesz? – Puknął mnie w czoło Śpioszek.

- Odejdźcie, proszę. – To był mój głos.

- Powiedzmy jej prawdę. – Gburek mnie chyba lubił.

- Jaką gościu prawdę? – Apsik mówił tekstem, który zamieściłam w swoim scenariuszu.

- A taką, że ma wpływ na swoje życie. To nie jest tak, że nie. Wstań. – Gburek zbliżył się do mojego ucha. – Wstań i idź. Nigdy się nie poddawaj. Jeśli kiedykolwiek skapitulujesz, przegrasz.

Zasnęłam.

Nie wiem, czy to był sen. Pojawił się w mojej wyobrazi ktoś, kto wrzucił krasnoludki do worka i wywalił je do kosza na śmieci. Nie widziałam jego twarzy, ale czułam dobrą energię.

- Wstawaj mała. Mam ci coś dopowiedzenia. – Alonzo podniósł mnie z ziemi i zaniósł na tapczan. – Wiem, co się dzieje. Damy radę. – Głaskał mnie po włosach. Uśmiechnęłam się przez łzy, które spływały na poduszkę. – Sprzedały się wszystkie obrazy w galerii.

- Jak to?

- Jesteśmy bogaci.

- A serial? – Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam z niego rezygnować.

- W porządku. Enamorada musi trwać. – Pamiętam, to były słowa Rysia.

Odkąd wyrzuciłam podświadome farfocle w postaci złych krasnoludków, zaczęłam nabierać zupełnie innego rozpędu. Ale nic już nie było jak dawniej.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Największe dzieła literackie — w czym tkwi fenomen?

Największe dzieła literackie — w czym tkwi fenomen?


Autor: Krzysztof Dmowski


Czy zauważyliście, że największe dzieła literackie nie ujawniają nam niczego nowego, a zazwyczaj są zbiorem ludowych legend, albo od dawna panujących przekonań?


Jeżeli poruszymy temat „Kodu Leonarda DaVinci” pióra Dana Browna, wówczas możemy spostrzec, że autor umieścił akcję swojej powieści w najbardziej realnym świecie, a jej głównym tematem stał się przekaz, którego autor wcale nie wymyślił. Swoją opowieść oparł na ludowych przekazach i związanymi z tym zagadkami i wątpliwościami, których nie można na sto procent wykluczyć — powiedzieć, że nie istnieją.

W przygodach „Harrego Pottera”, autorstwa J.K. Rowlling możemy zauważyć, że wszystkie tomy zawierają najstarsze legendy na świecie, zaś akcja powieści została umieszczona w typowej angielskiej szkole, z tą różnicą, że tu wszystko jest zaczarowane. Między innymi legendy o istocie, której spojrzenie zamienia w kamień, można odnaleźć w przekazach ludowych z każdego kraju.

Alistair MacLean był pisarzem znanym na całym świecie. Jego powieści szybko znikały z półek, a jednak nie zawierały niczego fantastycznego. Kryminały sensacyjne o agencie, który ratował świat zawsze zawierały ten sam motyw. Bohater pod koniec książki zazwyczaj był ranny i podejmował walkę z przeciwnikiem. Łączny nakład przekroczył 10000000 egzemplarzy.

Agatha Christie, Lady Mallowan, Mary Westmacott — jedna i ta sama pisarka, opublikowała ponad dziewięćdziesiąt powieści kryminalnych i obyczajowych. Chyba największym zainteresowaniem cieszył się detektyw Herkules Poirot i detektyw-amator — panna Marple. Czy w tych powieściach wystąpiło coś, co nie mogło wydarzyć się w naszej rzeczywistości? Łączny nakład przekroczył 107000000 egzemplarzy.

Jeżeli nawiążemy do tematu przygód Tomka Wilmowskiego z książek Alfreda Szklarskiego, po raz kolejny możemy zauważyć, że w tych książkach nie ma nic niezwykłego, a jednak coś sprawiło, że łączny nakład tych książek wyniósł niemalże 10000000 egzemplarzy. Nastolatek dołącza do ojca, który po patriotycznej walce z zaborczym caratem, musiał uciekać za granicę w obawie przed zesłaniem na Sybir, i co roku bierze udział w wyprawach organizowanych w celu chwytania dzikich zwierząt — co w tym jest niezwykłego?

W powieściach Zbigniewa Nienackiego o przygodach Pana Samochodzika, możemy dostrzec, że sam bohater nie jest żadnym ideałem, a zwyczajnym człowiekiem i umieszczeniu w akcji powieści wyremontowanego we własnym garażu rozbitego Ferrari 410, który po tym remoncie otrzymał koszmarny wygląd — gdzie tu niezwykłość. Łączny nakład egzemplarzy powieści wyniósł około 3500000.

Na przełomie lat istniało wielu pisarzy, którzy usiłowali wnieść coś nowego, niesamowitego, a jednak książki obeszły się bez większego echa. Często na fałszywą ocenę wpływa czas. Czas musi minąć i dopiero po kilku dziesięcioleciach możemy mówić o faktycznym fenomenie książki.

Na świecie miesięcznie ukazuje się cała masa różnych książek, a jednak nie są one tak docenione, jak te, które zostały napisane prostym językiem i zawartością zbliżoną do dzisiejszego świata. Większość pisarzy tworzy dużo dzieł, żeby doczekać się uznania i często sprawa zamyka się na jednorazowym wydaniu każdej książki.

Co takiego niesamowitego jest w formie dzieł pisanych o czymś znanym? O czymś, co możemy sami przeżyć lub tym, co chcielibyśmy sami przeżywać? Czary? Jest to również temat, który pociąga wielu ludzi, czy czarowanie jest niemożliwe? Prostą odpowiedzią jest voodoo. A także nasza właściwa przeszłość.

Być może odpowiedzią na pytanie: dlaczego ta dziedzina spotyka się z wielkim uznaniem, można odpowiedzieć, że mamy tu taką zwyczajną sytuację, w której podczas czytania czytelnik ma możliwość zidentyfikowania siebie z bohaterem, ale też przeżywania akcji tej powieści. W czasach, kiedy wychodziły pierwsze wydania Pana Samochodzika, mało kto wiedział jak wygląda Ferrari 410, a jednak ten samochód stał się marzeniem wielu czytelników.

Ponadczasowej wartości dzieła literackiego nie określa się na podstawie nowinek w nim zawartych, ni też ukrytych przekazów. Wyraźnie możemy zauważyć, że tylko książki o zwyczajnych ludziach przeżywających niezwykłe przygody w realnym świecie, najbardziej przyciągają czytelnika.

Podane wartości liczby egzemplarzy są przybliżone.


Krzysztof Dmowski

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Zakochana brzmi jak enamorada - odcinek VII - premiera w kwietniu

Zakochana brzmi jak enamorada - odcinek VII - premiera w kwietniu


Autor: Elżbieta Walczak


Obszerny fragment powieści "Zakochana brzmi jak enamorada "Eli Walczak - premiera w kwietniu


ODCINEK VII

„Chcę wyruszyć w podróż w głąb siebie”.

Zanim to zrobię musi się dokonać oczyszczenie. Cierpienie, to niezrozumienie napięcia, stłumione myśli i emocje, które nie miały wcześniej ujścia. Ktoś, kto pisze scenariusze dokładnie o tym wie, że sztuka teatralna czy film muszą być skonstruowane tak, żeby na końcu nastąpiło katharsis. Muszą się polać łzy. Żeby widz mógł wejść w nową fazę myślenia. Dosyć łatwo to osiągnąć w brazylijskich serialach. Zawsze o tym pamiętam pisząc finałowe sceny i rozbudowując postacie. Choć bardzo chciałam być szczęśliwa, od jakiegoś czasu cierpiałam. Czułam zmęczenie, nie przesypiałam nocy. Myślałam codziennie o sensie życia. Zadawałam wieczorami pytania, na które nigdy nie otrzymywałam odpowiedzi. Zaczęłam ich szukać w znakach, które czasami Bóg podobno zostawia na szybach albo na liściach. Patrzyłam w co się układały, i czy chce mi coś przekazać. Liczyłam mówiąc szczerze na to, że w jakiś sposób do mnie przemówi. Na przykład, że dowiem się, co to znaczy, że żyję w konflikcie między marzeniami a rzeczywistością? Dlaczego cały czas trzeba bronić się przed ludźmi, których spotykamy na swojej drodze? Dlaczego chcę pójść drogą Santiago de Camino, choć w tym czasie mogłabym bawić się, i odpoczywać na Bali albo na Dominikanie? Dlaczego marketing samego siebie jest taki trudny? I dlaczego od jakiegoś czasu mam wszystko w dupie? Dlaczego?

Obłożyłam się książkami szukając fragmentów, które mogłyby mi wskazać jakąś odpowiedź. Traciłam czas i wiarę z każdym dniem coraz bardziej. Alonzo zajmował się w tym czasie szukaniem miejsca w Warszawie na galerię obrazów. Malwina rozpoczęła lekcje tańca towarzyskiego, więc ślęczałam i użalam się nad sobą. Nie pomógłby mi nawet Rysiu.

Zadzwoniła Ewa z Madrytu, że obrazy zachwycają. Byłam obojętna na każdy pozytywny impuls z zewnątrz.

Przypomniało mi się jednak zdanie Artura Millera, którego ostatnio czytałam pisząc sceny do serialu „Potrzeba pisania rodzi się z wewnętrznej potrzeby uporządkowania chaosu, nadania mu znaczenia”.

ADPCJA – ŚMIERĆ – ŻYCIE

Maznęłam na kartce bezmyślnie te trzy słowa, i nie byłam w stanie oderwać od nich wzroku.

„Juanita Alvarez. – Otworzyłam laptopa bez świadomości, że to zrobiłam. Pisałam, jakby w tym momencie nic nie istniało, oprócz myśli – Urodziła się w deszczowy dzień. Była czymś więcej dla swoich rodziców niż klejnotem. Miała coś więcej niż zwyczajny dom z ogródkiem w Sewilli. W dniu narodzin miała wszystko, nawet miłość. Nikt stojący nad jej kołyską nie spodziewał się, że w dniu, kiedy przyszła na świat została skazana przez siedmiu krasnoludków, którzy mieszkali w jej głowie, na śmierć.

*

- Myślę bardzo poważnie o tym, żeby ją zabić. – Powiedział Apsik, który uosabiał choroby przeszłości. – Nie podoba mi się jej zapach.

- A może dajmy jej czas. Trącisz wyłącznie desperacją. Ona i tak nie pasuje do tego świata. – Głos Wesołka, który powinien uosabiać szczęście, zabrzmiał bardziej stanowczo. – Życie jest możliwe.

- Pobawmy się nią przez jakiś czas. Niech swoim życiem odpowie na nasze pytania. To szansa. – Odezwał się Mędrek, który był pragnieniem. – Patrzcie, podniosłem do góry jej rękę. Widzicie ich zachwyt? Ale jazda!

- Mogę jej coś zabrać? – Zazdrosny Gburek, który był obawą, nadymał się i odepchnął Mędrka. – Na przykład odwagę. Niech się kieruje czymś innym. No, nie wiem, pomyślcie chłopaki. Nie może być kolejną królewną, bo tych paniuś mam dosyć. Jest piękna, a jak większość takich piękności, będzie mamić dobrocią zwyczajnie myślących ludzi. Ale urzeczeni! Utrzyjmy im nosa. Zabijmy ją teraz.

- Nie panikuj. Mędrek ma rację. Najpierw zabijmy tych obok. Zobaczymy, co wtedy zrobi. To dobry pomysł. Mówię wam, jako Gapcio krasnal, który kieruje się wyłącznie strachem, ale o was. Pozwolicie, że parsknę śmiechem.

- Niech zostanie. – Śpioszek, już nie był tym samym miłym krasnoludkiem, którego znałam z bajki swojego dzieciństwa, tylko niezdecydowaniem.- Niech pozna w przyszłości faceta, co jej zawróci w głowie. Pokażmy jej kawałek tego, czego pragną najbardziej. Miłość. Potem ją zabijmy.

- Boję się, kiedy was słucham. – Nieśmiałek, wydawał się najmilszy ale tylko dlatego, że uosabiał lęk. – Boję się, że skażecie życie bezpodstawnie na śmierć.

Przez szesnaście lat spełniała życzenia podświadomości. Była ciekawa życia, uczyła się wykonując rozkazy mentalnych krasnoludków. Kiedy skończyła osiemnaście lat, wykonała zadanie w całości. Żart Gapcia stał się rzeczywistością. Nie było już odwrotu. Rodzice Juanity zginęli w wypadku samochodowym.

- Obawiam się, że nie mam nic do dodania. – Powiedział Gapcio, do swoich kompanów. – Została jeszcze ta stara królowa. Niech da tej młodej zatrute jabłko. A potem wiadomo, głupia miłość i śmierć.

Babcia zmarła, kiedy ona miała dwadzieścia jeden lat. Juanita podniosła głowę nad grobem, żeby spojrzeć w niebo, w oczekiwaniu na znak, na cokolwiek, co byłoby wsparciem dla niej. Wtedy poznała ojca Alonzo.

- Witaj w czarnej dupie. – Powiedział Gapcio. – Jeśli kiedykolwiek skapitulujesz, przegrasz.

Nie było zaślubin. Skapitulował w dniu, kiedy dowiedział się o ciąży i chorobie Juanity.

- Panowie! Wygraliśmy. – Krzyknęły krasnoludki nad grobem Juanity.

Wtedy pojawili się oni - Adriana i Leonardo.

- Gdzie postawimy łóżeczko? – spytała Adriana.

- Tu! – krzyknęły krasnoludki, które zamieszkały w głowie małego chłopczyka o imieniu Alonzo.

Zamknęłam komputer, bo ogarnęło mnie przerażenie.

Bałam się dłużej prosić o znak. Bałam się Boga i życia. Pamiętam swoje dzieciństwo. Było wspaniałe, pełne radosnych chwil. Joga? Moja matka zaczęła się tym interesować właśnie w najtrudniejszym momencie swojego życia. Nie byłam na to gotowa, na jednoznaczność. Szukałam tylko odpowiedzi. A może tylko tak mi się wydaje. Przyglądałam się ludziom, którzy mnie otaczają. Ekipie filmowej, z którą spędzam czas od ośmiu lat. Uświadomiłam sobie, że z nikim się nie przyjaźnimy, nie grillujemy, nie topimy wspólnie Marzanny na przywitanie wiosny. Zamknęliśmy się w świecie, w którym jesteśmy tylko my i moi rodzice. Mam wrażenie, że jesteśmy hermetyczni ze strachu. Większość związków naszych znajomych z planu bywa radosnych chwilami. Ich miłość przejawia się najczęściej w momentach, w których dostajemy pieniądze na konta. Wtedy, jakby na chwilę życie towarzyskie się ożywia. Rozwodzą się co chwilę, albo rozstają mówiąc, że to tak na próbę, żeby odpocząć od siebie. Nudzą się sobą, ze sobą, i z każdym napotkanym człowiekiem. Nawet jak wchodzą w nowe związki, to też się nudzą. Wszystko jest na chwilę. Wiem, że życie nie stoi w miejscu, że ewolucja to proces. Ale coś musi być ważniejsze, oprócz jedzenia, wychowywania dzieci i starości. Nie chcę czytać tych mądrych książek, które nie wiadomo kto pisze. To ich metody, które wcale nie muszą być skuteczne dla mnie. Nie chcę tracić czasu na rozpraszanie swojej energii, i próbowanie. Przecież musi być jakiś sposób na to, żeby odkryć kim jesteśmy.

Co by się stało, gdym zmieniła zakończenie tej podświadomej rozgrywki krasnoludków. Postanowiłam, że to sprawdzę. Otworzyłam znowu komputer.

*

- Gdzie postawimy łóżeczko?

- Tu! – krzyknęły krasnoludki.

- Alonzo, jesteś taki śliczny. – Powiedziała Adriana, tuląc się do Leonardo. – Jesteśmy tacy szczęśliwy, że jesteś z nami.

- Panowie, czy któryś z was może mi wytłumaczyć, z czego ci ludzie tak się cieszą. – Zapytał Nieśmiałek, dłubiąc w nosie. – Tego nie da się słuchać. Ta mała Luiza, czy jak jej tam, była ładniejsza.

Mały Alozo usłyszał ten głos, i zaczął płakać z przerażenia. A może po to, żeby zwrócić swoim nowym rodzicom uwagę na siebie.

- Alonzo, czemu płaczesz? – Zapytała Adriana. Leonardo w trakcie sekundy był w kuchni, żeby przygotować posiłek.

- Zanim wróci ten stary - powiedział Gburek, wygrzebując bród z palców u stóp – ustalmy coś. Ten mały wygląda na cwaniaka. Zabijmy go, dopóki beczy. Chyba nas słyszy. Tak myślę. -Powąchał bród, który wydobył z przegrody między palcami. – Może się tym mlekiem zadławić. Znam takie przypadki. Tylko nudzi mnie takie zabijanie od razu. Nie ma czadu. Życie musi chwilę pośmierdywać. – Pstryknął ciemną maź w kierunku Śpioszka. – Wymieńmy się daję ci swoje, a ty daj mi śpiocha z oka.

- Obrzydliwy jesteś. Ten gościu mi się podoba, zostawiłbym go na deser.

Alonzo pił mleko, i wsłuchiwał się w głosy, obserwując każdego z nich. Zapamiętywał ich imiona i zachowania.

- Nie pozwólmy mu zasnąć, pobawmy się! – Krzyknął Wesołek.

Nie wiedziałam, co dalej napisać. Mogą zabawić się we wszystko, żeby go skrzywdzić. Podświadomość, to potężna broń. Wolę się jej przyjrzeć, zanim zaprojektuję zakończenie.

Zdałam sobie sprawę, że wszyscy w rodzinie Alonzo umierają w dziwnych okolicznościach. Nie wiem czy to ma związek z wiarą, bo przecież jeśli wierzysz, to z pewnością w szczęście. Chciałam skończyć ze złą passą. Nieważne czy w taki, czy w inny sposób. Byliśmy więcej niż małżeństwem. Byliśmy przyjaciółmi, którzy mogli liczyć na siebie w każdej sytuacji. Kiedy pracowaliśmy razem na planie odcinaliśmy od tej więzi w bardzo naturalny sposób. Po prostu graliśmy. Kiedy padało słowo „cięcie” nie wskakiwaliśmy sobie na kolana, nie całowaliśmy się, żeby pokazać światu jacy jesteśmy profesjonalni, a potem znów zakochani. Wszystko odbywało się w sposób niewymuszony. Znaliśmy się dwanaście lat. Nasz seks zawsze mnie zaskakiwał. Pragnęliśmy siebie za każdym razem bardzo mocno, jakby nikt poza nami nie istniał. Nie myślałam o innych mężczyznach, spełniałam się przy nim. Do momentu tamtej śmierci. Coś nas zablokowało bez naszej zgody. Wiem, że pożądanie nie trwa wiecznie, ale wychodząc za mąż za Alonzo wiedziałam, że to związek na całe życie. Dlatego jestem w momencie, w którym muszę oczyścić aurę.

Przez kilka dni obserwowałam siebie. Głównie słuchałam tego, co słyszę w swojej głowie. Nie było w tym nic konkretnego, oprócz negowania każdej dobrej myśli. To mógł być wyłącznie stres, ale równie dobrze krasnoludki, które wykorzystały okazję, żeby się wedrzeć do mojej głowy. Coś w rodzaju „podśmierdujacych” myśli Gburka dłubiącego w nosie, i mającego wszystko gdzieś. Zauważyłam, że ta niby walka krasnoludków uruchamia się wyłącznie w tej najwyżej warstwie podświadomości. Pod nią jest zupełnie coś innego, coś czystego. Dobre myślenie. Nie da się z tym z pewnością nic zrobić, korzystając z domowych środków, typu polecane jakże często oczyszczanie głodówką. Robiłam to przez siedem dni. Schudłam, czułam się lepiej, ale myśli pozostały. A jak wracały, to zaczynałam znowu jeść, nie kontrolując ilości. Byłam rozdrażniona coraz bardziej. Alonzo tego nie zauważył, ale zaczęłam bać się o siebie. Im bardziej kontrolowałam myśli, tym bardziej czułam się zmęczona i ospała. Brakowało mi zwyczajnie energii. Bo nie wiedziałam z czym walczę.

Włączyłam muzykę i zaczęłam uwalniać stres. Chyba mi w końcu odbiło, tak się przynajmniej czułam. Płakałam i pląsałam, podskakiwałam i śpiewałam. Nazwałabym to bardziej rzężeniem przez łzy.

- Daj mi jakiś znak! Zlituj się! – wykrzyczałam i padłam na podłogę. Leżałam tak w ciszy jakąś godzinę.

*

- Czy ona nas wzywała? – Gburek siedział w lewym rogu głowy i głaskał mój mózg. – Już? Wykrzyczałaś się?

- Nie licz na to, że ci odpowie. – Nieśmiałek skakał po moim płacie skroniowym.

- Myśli, że istniejemy. – Mędrek ssał palca. – To choroby przeszłości. Co nie, Apsik?. – Nie wie, że nie mamy z tym nic wspólnego. Tylko się bawimy, dziewczynko. Kieruje Tobą coś więcej. Nie jesteś dzieckiem, dlatego podnieś się z tej podłogi i nie mamrocz. Przynajmniej nie wtedy, jak jem.

- Co gada? – Spytał Wesołek. – To samo, co wszyscy? Czy ma jakaś nową mantrę. Pozwólcie, że w końcu uwolnię swój śmiech.

- Żyjesz? – Puknął mnie w czoło Śpioszek.

- Odejdźcie, proszę. – To był mój głos.

- Powiedzmy jej prawdę. – Gburek mnie chyba lubił.

- Jaką gościu prawdę? – Apsik mówił tekstem, który zamieściłam w swoim scenariuszu.

- A taką, że ma wpływ na swoje życie. To nie jest tak, że nie. Wstań. – Gburek zbliżył się do mojego ucha. – Wstań i idź. Nigdy się nie poddawaj. Jeśli kiedykolwiek skapitulujesz, przegrasz.

Zasnęłam.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Moje przeznaczenie - tekst piosenki

Moje przeznaczenie - tekst piosenki


Autor: Elżbieta Walczak



Moje przeznaczenie

Chcę być tajfunem, muszlą, kamieniem

Piaskiem na plażach świata

Rytm mego serca dodaje mi skrzydeł

Idę za głosem mojego sumienia

Nie będę nikogo pytać czy mogę

Żyć właśnie tak

Nie będę zagłuszać swojego pragnienia

Jest we mnie miłość, która inaczej gra

Kubańskim rytmem, wiatrem Malagi, słońcem Sewilli i Barcelony

Biegnę w tę stronę

Wyciągnij ramiona

Pokaż

Że nie muszę się tego bać

Zaufam

Odpowiem tym samym

Pokocham

Bo wierzę, że tak

Wiem, że jest miłość, która zwycięży

We mnie ta miłość nazywa się świat

Me suerte, me vida, moje przeznaczenie

Mów do mnie sercem

Ten głos rozumiem

Mów do mnie miłością

Odpowiem tym samym

Wiem, że bogactwem mojego życia

Jest wiara w nieznane

Wiara w ten świat

Me suerte, me vida, me sueńo

Chcę być tajfunem, muszlą kamieniem

W marzeniach tylko I w snach

Jestem na ziemi żywym człowiekiem

Więc powiedz sumienie choć raz TAK

Me suerte, me vida , me sueńo

Przeznaczenie, życie, pragnienie

Nie chcę być tutaj żywym kamieniem

Więc powiedz sumienie TAK


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

"Przez niedomknięte drzwi"

"Przez niedomknięte drzwi"


Autor: Elżbieta Walczak


Fragment opowiadania Eli Walczak ze zbioru "Nienasycenie", który ukaże się w tym roku.


Przez niedomknięte drzwi.

Dostać się na konkurs piękności nie jest trudno. Powinna była jednak przewidzieć, że jej uroda nie jest nieskazitelna.

Jej twarz była pierwszą rzeczą, jaką zobaczył rano w swoim łóżku. Piersi nie było dla niego tak ważne jak tatuaż, który miała na lewym pośladku. Przeciągała się zbyt wolno, żeby go dostrzec w tej właśnie chwili. Czekał, aż położy się na brzuchu. Nieruchomiał przy każdym jej ruchu. Zaczesywał włosy i zerkał na ślady, które zostawili oboje w nocy, wybiegając spod prysznica. Podnosił ubrania z podłogi, nie spuszczając z niej wzroku. Odwróciła się. Jej włosy zakrywały blizny na ramionach, które dostrzegł w nocy. Delikatnie odrzucił je na poduszkę. Była piękna. Cokolwiek się stanie, właśnie ten moment chciał zapamiętać. Przyglądał się skórze, która fragmentami wyraźnie nie była jej. Jakby ktoś doszył małe kawałki o innym odcieniu i zapachu. Wąchał każdy skrawek, centymetr po centymetrze. Nie było w nim podniecenia, tylko wewnętrzna radość małego chłopca. Przy każdym wdechu wracał do przeszłości. Mógł się wycofać, kiedy pojawił się pierwszy obraz w głowie, który doskonale znał. Oddychał coraz głębiej.

Matka całymi dniami siedziała przy maszynie do szycia. Zawsze patrzył na jej sprawne palce, które potrafiły pracować bez przerwy. Wsłuchiwał się w odgłos pracy silnika. Liczył odbicia igły, nigdy nie był w stanie skoncentrować się na tyle, żeby przekroczyć magiczną liczbę stu. Uśmiechał się przy tym, i klaskał w dłonie.

Miał dziewięć lat. Kiedy doszedł do liczby pięćdziesiąt siedem, usłyszał kroki za sobą. Ktoś szedł cicho, na palcach, albo frunął nad ziemią, bo słyszał szelest czegoś dziwnego. Jego myśli zaczęły spowalniać. Maszyna zatrzymała się. Matka odwróciła głowę, nie zdążyła krzyknąć nawet banalnego „Ratunku”. Ktoś ciągnął ją za nogi po podłodze do samych drzwi. Postać była zamazana, jakby stworzona z ciemnej powłoki. Tam ją zostawił.

Stał nieruchomo z myślami, których nie rozumiał. Bał się ruszyć, bo drzwi były niedomknięte. Słyszał, jak postać za nimi oddycha ciężko, miarowo, jakby odpoczywała i wahała się czy wrócić. Widział tylko cień na ścianie. Stali, jakby nic więcej nie miało się wydarzyć. Drewniana podłoga skrzypnęła, bo ktoś źle postawił stopy. Słyszał, jak krople jego potu uderzają o podłogę. Matka spojrzała ukradkiem w jego stronę, i zamknęła oczy z powrotem. Palce jej dłoni delikatnie uniosły się z podłogi. Wskazały na obraz, który wisiał na ścianie. Była to jedyna cenna rzecz jaką mieli w domu. Opowiadała mu setki razy legendę o tym obrazie. Przedstawiał człowieka, który szył ubrania z ludzkich skór.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.