wtorek, 9 lutego 2021

Czas na brazyliadę

Brazyliada? Co to znaczy Pani Elu? Dosyć często czytelnicy zadają mi to pytanie. Odpowiadam. Jeśli oglądasz brazylijskie seriale, to z pewnością wiesz, że ciągną się całymi latami. Nie ma znaczenia, w którym momencie włączysz telewizor. I tak nie będziesz wiedział, co jest grane. Dokładnie jak w życiu:)

Już czas na brazylijski serial
Kolejny 223344 odcinek „Enamorady”.
Nie streszczę poprzednich, bo się nie zmieszczę. Miłej zabawy.
„Czas na zmiany”
– Znowu stawiasz pasjanse Ela? Popraw mi krawat. Mam spotkanie z zarządem. Spóźnię się.
– Zarząd ma jakieś imię? – spytałam Mateusza.
– Foch? Znowu? – zaczesywał nażelowany pióropusz i czyścił paluchem zęby. Ohyda.
– Kiedy wrócisz Mati? – nie odrywałam wzroku od kart, bo nie dało się patrzeć na ten poranny cyrk.
– Nie wiem, jak się przedłuży, to dam ci znak.
– Jak się wydłuży, to też daj znak – podniosłam wzrok i widziałam, że jest zmieszany.
– Ela, proszę cię. Te twoje żarciki już mi się przejadły.
Mateusz codziennie rano odbywał ten sam rytuał. Błękitna koszula, żel na włosy i kretyński czerwony krawat. Zawsze się spieszył. Po prostu petarda: szafa, lustro, toaletka, żel, teczka, kurteczka i już go nie było. Prawie, bo zatrzymał się w drzwiach i wrócił do lustra.
– Zrób dzisiaj paellę. Albo nie, same krewetki zrób. Lustro przetrzyj, bo zniekształca. Żelu zabrakło. Zadzwonię do Kwiatkowskiej.
Kwiatkowska, to nasza sąsiadka. Dystrybutor kosmetyków.
– Po co mi o tym mówisz? – spytałam i wypięłam pupkę w jego stronę. Nie zauważył, przeleciał koło mnie.
– Czas… Czas mnie goni. Ostro i do przodu! Jak się prezentuję? Hę? Dam im dzisiaj popalić. Nie siedź godzinami przy tym komputerze i zostaw te karty. Miłego dnia.
Od pół roku życzy mi miłego dnia! Czasami mówię do siebie. Mój monolog wewnętrzny, który się musi uzewnętrznić jakoś. Podniosłam żel, żeby sprawdzić faktyczną zawartość i monologowałam:
„Urocze. Kosmetyki Kwiatkowskiej. Wiem do czego pijesz, Mateuszu. Dystrybutora chce ze mnie zrobić. Kretyn. Witam, doniosłam panu pachnidła na lata całe. Polecam. Donia Ela”.
Spojrzałam na siebie w lustro i stwierdziłam, że faktycznie zniekształca. Biodra jakby szersze, znalazłam dwa włosy na brodzie, nową zmarszczkę i nowy pieprzyk na czole.
„Ja pitolę był wcześniej czy nie? Czegoś ci brakuje Elu. Żelu? Miłości? Radości?” ­– spojrzałam w lustro, a z tyłu, za mną, stał wielki hiszpański kok we włosach.
Carmen, moja służąca z Bzowa, zawsze pojawia się cicho, bezszelestnie. Najpierw obserwuje przez dziurkę od klucza, co się dzieje. Potem pojawia się, stoi, patrzy i czeka.
– Carmen weszłaś tak cichutko. Nawet nie szurasz kapciami. Brawo. Co tam?
– Przyniosłam korespondencję dla pana Mateusza.
– Połóż proszę. Ładnie wyglądasz.
– Dziękuję.
– Pięknie… Naprawdę! – mam nadzieję, że nie wierzyła w to co mówię, bo codziennie wyglądała identyko.
– Pani śniadanie… – ten piszczący głos drażnił mnie coraz bardziej.
– Postaw – ugryzłam rogalika, który od razu skojarzył mi się z zapomnianą, męska częścią ciała i poczułam się lepiej.
– Jak ci się Carmen układa z mężem? – pytałam, bo coś trzeba było mówić.
– Zmienił się – odpowiedziała nieśmiało.
– Postarzał się? – ciamkałam z rozkoszą.
– Nie, nawet nie to. Ciągle czegoś szuka.
– Czego taki Rysiu może szukać. Czystych majtek? Wódki? Oni bez przerwy czegoś szukają. Oj tam. Znajdziecie, każdy w końcu znajduje – konwersowałam, czując masełko orzechowe i ciepełko w ustach.
– Oby nie w kimś innym.
– Tak Carmen. Każdy ma swoje problemy. Straciłam pracę. Skończyłam czterdziestkę i nie mam głowy do tego, żeby rozumieć. Możesz iść – ciamkałam. – Przejedź tylko szmatką posążek Buddy. Bo może to przez ten kurz przestałam być ukochanym dzieckiem Wszechświata.
– Pan Mateusz, gdyby to słyszał byłoby mu trochę przykro. Kocha panią.
– Szczęście już mnie dawno opuściło. Mam czterdzieści pięć lat i żadnych perspektyw na przyszłość. Dziennikarka roku to przeszłość. Nie pojadłam. Co mamy jeszcze dobrego w lodówce?
– Wszystko co pani potrzebuje, żeby obejrzeć swój program. Po co pani to robi? Trzeba się ogarnąć i iść dalej – mówiła, przecierając posążek uśmiechniętego Buddy.
– Jak mam iść dalej? Jak jakaś młoda cipka zarzyna moje medialne dzieciątko – chodziło o mój program telewizyjny, który stworzyłam. Codziennie go oglądałam, płakałam, popijałam, obżerałam się. Musiałam. To było silniejsze ode mnie.
– Po co pani na to patrzy?
– Carmen, proszę cię. Przynieś lody, chipsy i kielicha. I włącz ten telewizor.
– Dobrze, ale nie zmusi mnie pani, żeby oglądać go z panią. Proszę bardzo.
Włączyła. Nie wytrzymywałam presji. Młoda, ładna. Musiałam sobie nalać. Wcześniej tego nie robiłam, ale w tej sytuacji… Bolało.
– Szanowni państwo, w dzisiejszym programie „Kawa czy kawa z cukrem”, będziemy gościć znanego terapeutę – pana Vana.
– Jesteś zasrańcu – gadałam do telewizora – terapeuta Van? Skąd go wytrzasnęłaś? Amatorka!
– To trudne – mądrował się pan Van – trzeba zmienić nawyki myślowe. Zmiany muszą dokonać się w nas samych. Co wewnątrz, to na zewnątrz.
– To prawda – dodałam swój komentarzyk – jeśli w środku wygląda ten pan tak jak na zewnątrz, to gratuluję.
– Każdą terapię zacząłbym od zadania sobie pytania: czego tak naprawdę chcesz? Jeśli znasz odpowiedź na to pytanie, wszystko się zmienia, nakierowuje się samo.
– Że tak powiem – wiedziałam, co powie. Zawsze wiedziałam.
– Że tak powiem. Nasi rodzice już od dzieciństwa wpajali nam złe nawyki myślowe. Powiedzenia typu: jesteś niedobry, dzieci i ryby głosu nie mają, wyrobiły w nas nawyk autodestrukcji.
– Zasraniec – wytknęłam język do telewizora.
– Szanowni państwo. Nasz gość będzie odbierał telefony jeszcze przez pół godziny. Trzej pierwsi telewidzowie, którzy się do nas dodzwonią, będą mieli szansę na rozmowę na antenie i otrzymają w prezencie kosz pełen niespodzianek.
– Wolałabym torbę z twoją dedykacją. Dlaczego zgasiłaś telewizor? Carmen!
– Pan Mateusz podjechał – wiedziała, że cierpię.
– Jak to, o tej porze? Zabieraj to żarełko. Daleko nie chowaj.
*
Mateusz wpadł wściekły z zalaną jedwabną, niebieską koszulą kupioną w ZARZE. Kocha te klimaty, więc miał prawo być wściekły.
– Co tu robisz Mateusz?
– Wyszedłem na parking, podawałem stróżowi kwitek. Wylazł do mnie z kawą i zobacz ­– wymachiwał łapkami i prezentował wielką, brązową plamę na pięknej koszuli.
– Kawa czy kawa z cukrem? – spytałam złośliwie. Bo mój program nazywał się „Kawa czy kawa z cukrem”, ale już tylko ja o tym pamiętałam.
– Z cukrem, bo zobacz... Spójrz – był naprawdę rozdarty.
– Przyjechałeś spod firmy zmienić koszulę?
– Powinni go zwolnić za ten numer.
– Ile miał lat?
– Około czterdziestki. A jakie to ma znaczenie? Wiesz ile ta koszula...
– Kosztowała? Wiem. Sama ci ją kupiłam. Jak jeszcze pracowałam.
– To sama rozumiesz moje poruszenie.
– Nie przeginaj.
Na słowa nie przeginaj stanął jak wryty, rozejrzał się. Szukał motywu, żeby mi dowalić. Znalazł. Włączony, wyciszony telewizor, a w nim „zasraniec”: uśmiechnięta twarz, bez zmarszczek i kompleksów.
– Ela, jak tak siedzisz, to sprawdź moje walizki. Wyjeżdżam za tydzień służbowo. Oczywiście mówię teraz, żeby nie było, że nie mówiłem.
– Aha – próbowałam zareagować na tę wiadomość.
– Mówię teraz, bo wiem jak cię wszystko ostatnio drażni. Zobacz ile mam na głowie – nie wiem czy znowu mu chodziło o żel. – Na jogę się zapiszę. Taki żarcik. Ty też się ogarnij, bo widzę, że się coraz bardziej nudzisz. Minę masz taką, że bez kija nie podchodź. Zapomnij już o telewizji. Skończyłaś czterdziechę. Pogódź się z tym – doszedł do mnie i spojrzał mi w oczy. ­– Obiecaj, że znajdziesz dla siebie jakieś sensowne zajęcie. Tak dłużej nie można. Ten botoks, mówiłem. Zobacz jaką masz tu zmarchę – dotknął mojego czoła – skasował cię ten skalpel jak za zboże. Moja matka nigdy niczego nie stosowała. Może olej słonecznikowy jak się opalała. I zobacz, siedemdziesiątka na karku i ho, ho! Kawy nie pij. Ta dziewczyna co cię w telewizji zastępuje zrobiła bardzo ciekawy wywiad o kawie. Krawat mi popraw – poprawiłam.
– Podduszasz mnie! Wariatka.
– Stara wariatka.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Jak rozładować stres po Sylwestrze (i zasłużyć na reinkarnację)

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU;) Życzę Państwu w 2018 roku szczęścia i wszelkiej pomyślności. W opowiadaniu imiona balowiczow i opis wydarzenia to wyłącznie fikcja literacka:)

Wiadomo, że pierwszy dzień po Sylwestrze to huśtawka nastrojów. Nie wiem, czy już wstać, czy dać sobie jeszcze trochę czasu na zlokalizowanie w myślach mojego telefonu marki Samsung, który odzwierciedla nastroje całego świata na portalach rożnych, oraz odnalezienie mineralki (lubię Cisowiankę) – Gdzieś tu stała.

Dam sobie jeszcze chwilę i pobuszuję w tym czasie po duszy. Zamknęłam oczy. Postanowiłam w myślach zrobić sobie prezent i polecieć do Indii. Nie wiem dlaczego po wylądowaniu wywalono mnie z luku bagażowego razem z walizkami (może w tym czasie na chwilę przysnęłam). Wzięłam dwa  głębokie oddechy i odzyskałam wizję. Znalazłam  w kieszeni resztki suszonego banana i kartkę, na której wyrysowany był plan, w którą stronę powinnam się udać. Wiadomo, Samsung z nawigacją w Google został w domu. Gdzie chciałam się udać? Aha, do źródeł, do Garhwalu i do rzeki Bhagirati. Nie wiem jak długo szłam, trochę się czołgałam, aż zobaczyłam przed sobą reklamę „Aktywacja rogów obfitości”. Facet z tupecikiem i złotym zębem wyciągnął  w moim kierunku szklankę wody i talerz z ryżem, na którym leżał kotlet sojowy. Poinformował mnie, że odzyskam po tym świadomość umysłu.

- Który mamy rok? – zapytałam.

- 2021 – odpowiedział gostek z sygnetem na palcu wielkim jak soczysta mandarynka, i ze złotą jedynką w uzębieniu. – Weszłaś na wyższy poziom. Nie pamiętasz mnie? Kopę lat! Poznaliśmy się na Sylwestrze w 2017.

- Możesz to doprecyzować – poprosiłam.

- Weszłaś ,dziewczynko, w inny wymiar.

- W inny wymiar czego? Możesz to doprecyzować - poprosiłam ponownie.

- Spójrz na siebie.

Spojrzałam.

- Jesteś oszałamiająca, perfekcyjnie dopracowana. Ten świecący, natłuszczony złotem dekolt. Ten grymasik zadowolenia na twarzy. Ten biust…

Nagle zobaczyłam, że jego stopy nie dotykają ziemi, a dłonie jak u kosmonauty lewitują w różne strony.

- O co se kaman, synek? – zapytałam - Kim ty jesteś?

- Twoim głównym tancerzem. Nie pamiętasz? W Sylwestra 2017 rozcieńczyłem twoje ego. Przekupiłem cię zimnym lodem. Nie było łatwo.

- Nie kumam – drapałam się po bląd lokach, na których wyczuwałam kilogramy lakieru .

- Dostałaś ode mnie pierścionek ze złotą głową świętej krowy. Trochę waży, dlatego weszłaś na wyższy poziom. Przejdźmy się po słońcu.

Kiedy odsłonił jedwabne zasłony w pająki zobaczyłam, jak wszyscy tańczą wokół nas; Jadźka, Marek, Zośka, Krzychu. To z nimi poszłam na Sylwestra w 2017.

- Możesz im wszystkim ogolić głowy jak chcesz, albo daj im po pięć euro, też się ucieszą.

- Dlaczego?! – wykrzyczałam swoje zdziwienie.

- Nie wytrzeźwieli od 2017. Spójrz, na sukience Jadźki wisi metka z wypożyczalni z tego roku. A w  kieszeni Krzysia znajdziesz rachunek na 10000 zł do zapłacenia za tę noc.

Faktycznie, metka z wypożyczalni na Jadźce wisiała. A mówiła, że kupiła od Jacykowa.

- Lecimy? – główny tancerz ze złotym zębem otarł się o moje uda lewitującym rogiem obfitości.- Ciepły lód, czy zimny? Wiem, że chce ci się pić. Masz wybór; albo reinkarnujesz na moją żonę, albo teleportujesz do wyra jakbyś była po Sylwestrze 2017. I uznajemy, że nic się nie stało.

Obudziłam się zlana potem, bo zadzwonił w torebce Samsung. Wyświetlił się mój chłopak, partner z Sylwestra, ale nie odebrałam. Zasługuję na święty spokój i reinkarnację (cokolwiek to znaczy) po Sylwestrze 2017, dopóki sobie wszystkiego nie przypomnę.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Wesołych Świąt

Życzę Państwu zdrowych, spokojnych, radosnych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku :)

Przepis na świąteczną kluskę w gardle.

Nie mogę się dostać do maku. Zasiałam pod wanną, widzę tylko grzyby. Dobre i to. – Kociu, może być grzybowa na wigilię? – Ogłuchł, bo dmucha w balon, winko próbuje. Szkoda, że początkujący. – Pamiętałeś, że na litr moszczu przypadają jakieś dwa litry cukru?.
- No właśnie – odezwał się Kociu – za słodkie. Za mało moszczu, za dużo cukru. Nawet jakby było gicio, to za chłodno. W tym domu nie ma nawet 15 stopni.
- To dorzuć do pieca.
- Nie mogę w pokoju zasiałem tytoń.
- A jaki?
- Havana, ma się rozumieć.
- To jak przymrozek, to też nie urośnie.
- Do świąt da radę. Boćwina! mówiłem zasiej na barszczyk ukraiński.
- Zasiałam na dachu, ale mandarynki.
- Papaja, kurde, tak lubię.
- No Kociu, nie można mieć wszystkiego.
- Można, jak widzisz. Ciepło mi się robi, jak patrzę na ten tytoń. Mam normalnie świąteczną kluskę w gardle.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

"Przebudzenie krasnoludków"

Fragment powiści Elżbiety Walczak "Zakochana brzmi jak enamorada"

„Przebudzenie krasnoludków”.

- Aaa… - Śpioszek przeciągnął się, rozglądając się po okolicy. Wszystkie krasnoludki spały. – Czemu taka cisza? Czy ktoś mnie może doinformować? Panowie! – gwizdnął wsadzając dwa palce do ust. – Dlaczego jestem sam? Co jest grane? Śpicie?!

- Cicho tam! Sjestujemy. – Gapcio przewrócił się na drugi bok, kładąc rękę na głowie Nieśmiałka. – Nieśmiałek, kurde, odwróć usta w druga stronę, bo się nie da znieść tego zapachu. Śmierdzi, jakbyś nie otwierał ust sto lat.

- Sto lat?! – Wstawać, już! – Śpioszek przechadzał się po płacie mózgowym kopiąc w tyłki pozostałych leżących.

- O co znowu chodzi? Kopanie leżących w dupę nie jest za mądre. Odczep się. – Mędrek nasunął czapkę na oczy. – Jeszcze raz, to potraktuję cie ze swojego kamasza.

- Wstawać! Spaliśmy sto lat! – Śpioszek darł się, co sił w krasnoludkowych płuckach.

- Nie kłam, dopiero zasnąłem. – Wesołek głaskał się po pośladku, wydając z siebie radosne dźwięki. Tak mu się przynajmniej wydawało. Huk był niemiłosierny.

- Jeszcze raz walniesz takiego bąka Wesołku – Matołku, to zamieszkach na tyłach.

- Na tyłach czego? – Wesołek pokładał się ze śmiechu – Nie może być sześciu krasnoludków, bo to nieprofesjonalne. Wal się z tymi pogróżkami. Sto lat, to długo. Zapowietrzyłem się.

- Zbiórka! – Śpioszek zaczesał siwe włosy, poprawił czerwony kubraczek, i sprawdził ilość uzębienia. -  To nie mogło być sto lat, bo mam jeszcze wszystkie zęby.

- Też tak myślę. – Nieśmiałek, próbował przejrzeć się w źrenicy.- Nie wyglądam najgorzej. Wy z resztą też.

- Czyja to głowa, ktoś już wie? – Gburek sprawdzał ilość brudu na stopach, który zebrał się przez ten czas. – No, czarne jak rzepa.

- Uciszcie się na chwilę. – Nieśmiałek patrzył w źrenicę i odgadywał upływ czasu. – To ona, tylko się postarzała.

- Jaka ona? Posuń się. – Gburek przetarł swoje oczy.- Żona sieroty. Żyją. Mówiłem, zabić ich zanim zaczną się obnosić ze swoim szczęściem. Widzę jeszcze kogoś. Jakaś królewna.

- Ile ma lat? – Zapytał nieśmiało Nieśmiałek.

- Na ludzki rozum, jakieś dwadzieścia sześć. – Gburek posmutniał – To ich córka. Piękna. Bierze ślub. Wszystko przez was i przez ten głupi film, który nas uśpił na tyle lat. Przegapiliśmy tyle fajnych rzeczy. Najgorsze jest to, że obyło się bez nas. – Usiadł. – Nikomu nie jesteśmy potrzebni.

- Nie marudź. – Śpioszek odepchnął go z punktu obserwacyjnego.- Zerknę tylko i cię wpuszczę. Faktycznie, niezła. Ten facet koło niej wygląda na mądralę, można mu utrzeć nosa. Pewnie będą mili dzieci, wiecie, co mam na myśli. Ależ posmutnieliście. Czas to nadrobić, panowie. Proponuję gimnastykę na rozruszanie. No już do szeregu.

Krasnoludki wstały i zrobiły sto pajacyków, podskakując na dwóch nogach i klaszcząc w dłonie powtarzały słowa, które już nie miały mocy. Ale nie zdawały sobie z tego sprawy.

Ądopcja! Śmierć! Życie! – Głośniej! - krzyknął Gburek – Adpopcja!...- Krzyczały do wieczora, ale ja ich nie słyszałam.

- Meksyk! Wybrał bym się na stałe do Meksyku. – Gburek pstryknął brudek z palców u nóg w kierunku Wesołka – A ty?

- Nie wiem, może być Meksyk.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Dopóki jestem

Wszystko było idealne od samego początku. Mieliśmy dom, ogród, który nazwaliśmy wiśniowym sadem, dwa konie i dwie sypialnie, w których spędzaliśmy osobno czas, kiedy zatapialiśmy się w myśleniu o przeszłości.

   Ustaliliśmy, że każde z nas może mieć swoją przestrzeń na pamiątki i zdjęcia byłych partnerów, mężów i żon. Po co? Uczyliśmy się na błędach. Budowaliśmy naszą miłość w oparciu o wnioski. Nie mieliśmy przyjaciół. Pamiętaliśmy, czym zapłaciliśmy za fałszywe uczucia innych. Często rozmawialiśmy: o tym, co czujemy, czego chcemy, i co możemy osiągnąć. Kochaliśmy się często, z namiętnością, jakiej nie znałam wcześniej. Pamiętam każdy dzień, każdy moment, pocałunki, prośby, przeprosiny i żal. Dręczyły nas wspólne wyrzuty sumienia. Byliśmy jednym i tym samym.

- Masz dzisiaj czas, kochanie? – zapytał mnie przy śniadaniu – Chciałbym, żebyśmy razem pojawili się na balu charytatywnym. Mówiłem ci o nim wczoraj. Burmistrz stanął na wysokości zadania. - Uśmiechnął się w moim kierunku i pogłaskał obrus. Nigdy tego nie robił.

- Tak, pamiętam – odrzekłam i spojrzałam na zegar wiszący na ścianie.

Było widno. Zawsze jemy śniadania około siódmej, a zegar miał wskazówki na trzeciej. Musiał zatrzymać się w nocy.

– Oczywiście, pójdziemy razem.

Trzymałam wzrok na wskazówkach i czułam, że słabnę. Chyba upadłam. Otworzyłam oczy, ale mojego męża przy mnie nie było. Leżałam na podłodze, mój wzrok cały czas był wpatrzony w zegar, który pokazywał za piętnaście trzecią.

- Kochanie, śpisz? – Podniosłam głowę i próbowałam wstać, żeby dotrzeć z powrotem do łóżka. Arka tam nie było. Położyłam się. Chciałam zrozumieć, co się dzieje.

- To tylko sen – powiedziałam do siebie i zamknęłam oczy.

- Jesteś, nareszcie. Twój zapach.- Arek przytulił się do mnie - Kocham twój zapach.

- Dotknij mnie tak, jak dotykałeś Dorotę. Pamiętasz, mówiłeś mi o tym. Poznaliście się na Bali. - Jego dłonie były chłodne ale czułam miłość. - Miałeś wtedy dwadzieścia sześć lat, ona też. Miała rude, długie włosy i bransoletki z muszelek na nogach. Podniecał cię ich dźwięk, kiedy dotykałeś jej stóp. Delikatnie wtedy opuszczała i podnosiła ciało, żebyś mógł zobaczyć więcej. Nie przestawaj, proszę, powtarzała.

Zegar zaczął wybijać trzecią.

- Raz - liczyłam.

- Czemu się nie kładziesz? – zapytał – Jest noc, cała się trzęsiesz.

- Dwa.

Leżałam na podłodze. Kiedy otworzyłam oczy Arek stał nade mną. Było widno, chyba około ósmej, bo widziałam jak parowała poranna kawa przy naszym łóżku. Musiałam ją tam przed chwilą postawić.

- Byłaś u lekarza? – zapytał i pomógł mi wstać – Kochanie, kiedy byłaś ostatnio na badaniach?

Usiadłam na łóżku i wzięłam filiżankę w dłonie. Kawa była zimna.

- Wczoraj byłam. – Odstawiłam filiżankę. – Chyba wczoraj.

- Zostań dzisiaj w domu. Przyjadę po ciebie wieczorem. Bądź gotowa na siedemnastą.

- Dobrze. - Schyliłam głowę i dotknęłam swojej stopy. – Zerwała mi się chyba bransoletka. Widziałeś ją? – Kiedy podniosłam wzrok, Arka już nie było. Zawsze śpieszył się do tej swojej korporacji.

- Jest. – Leżała na łóżku, jakby ją ktoś ze złości porozrywał, bransoletka z małych muszelek.

- W co ja się ubiorę?

Weszłam do garderoby i założyłam niebieską sukienkę ze srebrnymi cekinami. Uwielbiałam ją. Zerknęłam do lustra.

– Schudłam i to bardzo. Czym ja się tak martwię?

Nie podobała mi się już. Zdjęłam ją i weszłam naga do pokoju Arka. Było dziwnie chłodno, jakby zapomniał zamknąć okno. Przecież wie, że nie lubię chłodu. Ciepło, tylko ciepło, nawet w sercu. Tego się nauczyłam. Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Zdjęcie Arka i moje spadło ze ściany. Po prostu spadło. Stąpałam po potłuczonym szkle, ale niczego nie czułam. Zostało na biurku zdjęcie Agaty, jego pierwszej żony. Miała na sobie niebieską sukienkę z cekinami.

– Dziwne. Minęło tyle czasu, a on ją cały czas kocha. Jest w jego sercu, czuję to. Może właśnie tego ma się nauczyć, miłości. Nie wiem, może tak, a może nie.

Ten dzień minął szybciej niż wszystkie. Nie pamiętam, co robiłam. Chyba płakałam, bo zobaczyłam stos chusteczek przy swoim łóżku i muszelki. Czemu leżą znowu na poduszce? Przecież wyrzuciłam je do kosza.

Zegar wybił piętnastą, a może trzecią. Ubrałam się w czerwony garnitur i zaczęłam robić makijaż, który nie mógł zakryć tych dziwnych plam, które miałam od jakiegoś czasu na twarzy.

Nie pamiętam momentu powrotu Arka do domu. Pamiętam bal. Znaleźliśmy się na balu.

-O, Arek! Dobrze, że przyszedłeś - ktoś krzyczał w naszym kierunku.

Znałam tych ludzi, oni mnie też. Byli naszymi przyjaciółmi? A tyle razy rozmawialiśmy o tym. Żadnych fałszywych osób w naszym otoczeniu. To były jego słowa. Czemu ich aż tylu? Dlaczego nikt się ze mną nie wita? Czy znowu zawiniłam? Poczucie winy. Nie znam gorszego uczucia. Uczyliśmy się nie obwiniać nikogo za straty. Wybaczaliśmy, rozumieliśmy i cierpieliśmy za winy innych.

Tańczyliśmy. Arek miał łzy w oczach. Chyba ze szczęścia. Bałam się zapytać. Szczęście, wiem, co to szczęście.

– Nie płacz. – Otarłam jego łzę.

- Czuję twój zapach – powiedział. – Kocham cię.

- Wiem.

Uczyliśmy się kochać siebie całymi latami. Omijaliśmy błędy z przeszłości. Agata, jego pierwsza żona, zmarła. Nie pamiętam dlaczego. Pochował ją na Bali, tam się spotkali. Była roztropna, bardzo kobieca i lubiła podróżować. Była odważna. Zmarła na serce. Nauczyła go miłości do świata, otwartości, ale odeszła. Chyba dlatego tu jesteśmy, na tym balu, na którym widać wszystkie odcienie: zazdrość, zawiść, udawaną przyjaźń, ale jest w tym miłość.

Arek opuścił ręce. Przestaliśmy tańczyć. Burmistrz przywołał wszystkich pod scenę. Jakaś kobieta podeszła do Arka i pocałowała go. Otarła jego łzy.

- Czemu płaczesz? – zapytałam.

- Bo czuję twój zapach – mówił w moim kierunku.

Byłam szczęśliwa, bo wyciągnęliśmy z tej lekcji właściwe wnioski. Miłość istniała.

- Zapraszam wszystkich bliżej – żona burmistrza krzyczała do mikrofonu. Przeszkadzał mi ten dźwięk.

- Jesteśmy tu, żeby tą aukcją wesprzeć…

Tłum ludzi patrzył na mojego męża. Wsparcie – cóż za dziwne słowo. Nikt nie wspierał nas, a jesteśmy tu dziś, żeby kogoś wesprzeć. Na scenę wszedł zespół i usłyszałam swoją ukochaną piosenkę. Moją i jego. Byłam szczęśliwa. Byłam taka szczęśliwa.

- Dziękuję. – Odwróciłam głowę w stronę Arka, ale zniknął.

Żona burmistrza przedstawiła pierwszy przedmiot na licytację - niebieską sukienkę ze srebrnymi cekinami.

Usłyszałam bicie zegara. Powiedziałam w myślach: trzy.

Otworzyłam oczy, leżałam na podłodze. Wiedziałam, że nic już nie jest ważne, oprócz tego, czego się nauczyłam. Uświadamiam to sobie, dopóki jestem.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.