wtorek, 9 lutego 2021

Redaktorzy

- Był zamach! – Krzyknęła naczelna zza drzwi.Nie jadłam od dwóch dni normalnego posiłku, bo uganiałam się za kolejnym celebrytą, któremu urodziło się kolejne dziecko.

- Buła w rękę i do samochodu. Głucha jesteś? Był zamach!

- Skąd wiesz, że zamach? – Wiedziałam, co robię. Miałam jej dosyć, jak każdy. Żądała faktów, których nikt nie znał, dlatego  opowieści wyssane z palca miały najwyższa cenę. Siedziałam i kończyłam śniadanie.

REDAKTORZY

- Wezwałam panią do siebie, bo mam pewne wątpliwości.

Była ubrana jak zwykle w granatową garsonkę i białą męską koszulę, z postawionym kołnierzem. Wyglądała na więcej lat niż miała w rzeczywistości.

- Współpraca z panią, to istna udręka. Jest pani apodyktyczna, zaborcza, można wymieniać bez końca.

Patrzyłam jej w oczy i wiedziałam, że kłamie, że wcale tak nie myśli. Czytała te wszystkie motywacyjne książki, więc wiedziała, że reguła „Pochwal, opierdol, pochwal” – działa. Robiła to specjalnie, żeby rozwalić każdego rozmówcę na dzień dobry.

- Ostatni artykuł o żonie prezydenta jest do dupy. Zbliżamy się do wyborów. Wszyscy wiemy, że on wygra. Pani nie? – spojrzała w okno, za którym wrony zerwały się do lotu z takim wrzaskiem, jakby czuły jej obecność.

- Tak, chyba wygra – delikatnie zacisnęłam zęby, żeby nie zdradzać swoich emocji.

- Mówi pani tak, jakby nie była pewna. Ma wygrać.

- Rozumiem.

- Co według pani oznacza słowo fikcja?

Pytanie było proste, za proste. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Wiedza, którą miałam na jej temat była konkretna, poparta faktami, zdjęciami i materiałami filmowym. Była kochanką przyszłego prezydenta.

- Sugeruje pani, że tego nie wiem, że nie wiem czym jest fikcja? – zapytałam ze wściekłością psa, który ma ochotę zaatakować bez ostrzeżenia.

- Żona przyszłego prezydenta ma problemy.

Kiedy to powiedziała czułam, że wydarzy się coś złego.

- Nie chcę być niegrzeczna, ale po co mi pani to mówi. Nie mam ochoty na problemy, a pani z pewnością je teraz tworzy.

- Droga Joasiu. Możemy mówić sobie po imieniu? – przysunęła krzesło, stosując jakieś bzdurne chwyty marketingowe, typu mowa ciała.

Ciało miała atrakcyjne, jak każdy w tej redakcji. Zarabialiśmy mnóstwo kasy, za fikcję jaką tworzyliśmy, dlatego stać nas było na botoksy.

- Tak, jeśli odpowie mi pani szczerze na moje pytanie. – Mowa ciała działa również w moim wykonaniu. Uśmiechnęłam się do niej, dotykając jej dłoni.

- Szczerze? Nie mogę, ale chcę ci coś zaproponować.  

      Nie mogłam zasnąć. Wstałam, żeby wziąć kolejną tabletkę na sen. Chodziłam po pokoju zastanawiając się, czy nie będzie lepiej jeśli poinformuję kogoś o tej rozmowie. Nie przyjaźniłam się z nikim. Od jakiegoś czasu sypiałam z redaktorem naczelnym innej gazety. Był jedyną osobą, której ufałam. Trzęsły mi się ręce, kiedy sięgnęłam po telefon. Nie miałam zamiaru wdawać się w szczegóły, chociaż wiedział o mnie wszystko. Chciałam tylko poczuć się kobietą utuloną do snu czułymi wyznaniami po ciężkim dniu.

- Mogłabyś w końcu zmienić pracę – usłyszałam. – Jeśli tego nie zrobisz, daję ci pięć lat, a potem już żaden terapeuta cię nie pozbiera.

- Proszę, przyjedź.

- Nie dam rady.

Wzięłam chyba już czwartą tabletkę. Obudziłam się w środku nocy, której nigdy nie zapomnę. Od kilku godzin nie widziałam swojego psa. Właśnie to sobie uświadomiłam.

- Bury!

Nie miałam siły krzyczeć, bo coś zaciskało mi gardło. Odwróciłam głowę w stronę okna, padał śnieg. Jutro Wigilia. Ktoś grał na ulicy na trąbce „Wonderful world” Armstronga. Sięgnęłam ręką po szklankę z wodą. Byłam pewna, że ją postawiłam na stoliku przy łóżku. Dotknęłam czegoś, co przypominało ramkę ze zdjęciem, wcześniej tam tego nie było. Zapaliłam lampkę. W tym właśnie momencie muzyka za oknem ucichła. Odruchowo położyłam zdjęcie na swojej twarzy. Podniosłam je z powrotem do góry, bo poczułam dziwną ciecz i zapach moczu swojego psa, który doskonale znałam. Odruch wymiotny był jedyną reakcją na to, co zobaczyłam i poczułam. Siedział przywiązany do słupa na torach, a z dala widać było nadjeżdżający pociąg.

- Bury! – zwymiotowałam, trzymając się poręczy łóżka wysmarowanej krwią.

Zdjęcie cały czas leżało na podłodze. Pies miał przywiązany do szyi aparat fotograficzny, którym robiłam fotki naczelnej na Maderze. Nie byłam w stanie się ruszyć. Ktoś złapał mnie za włosy i szarpnął do góry.

- Witaj skarbie.

Zamaskowany mężczyzna postawił mnie na ziemi.

– W zasadzie ty powinnaś stać na tych torach – związał mi ręce i pchnął na łóżko. – Pewnie jesteś zaskoczona – szeptał mi te słowa do ucha, zaciskając moje dłonie. – Zanim postanowimy oboje co dalej, poznamy się bliżej.

Moje oczy wpatrywały się w niego. Jego ręce dotykały teraz mojego policzka.

- Co tam pani redaktor? Strach? To dziwne uczucie zwłaszcza, kiedy człowiekowi się wydaje, że go w sobie nie ma. Ma, każdy ma. Mam rację? – związywał moje nogi. – Powiążemy ze sobą kilka faktów – roześmiał się szyderczo i uderzył mnie w twarz. -  Mam nadzieję, że będzie miło. Spotkaliśmy się dzisiaj na prośbę kogoś wyjątkowego, dlatego przyjąłem tę propozycję. W innym przypadku strzeliłbym ci w łeb za te same pieniądze, bez marnowania czasu. Jutro Wigilia – przystawił krzesło do łóżka i usiadł na nim. – Dlatego im szybciej się wszystkiego dowiem, tym lepiej.

Nie wiem, czy się bałam. Wiedziałam, że chodzi o naczelną i o to, że odkryłam jej tajemnicę.

- Umówmy się tak; ja zadaję pytania, ty bez zmrużenia okiem odpowiadasz na każde. Jeśli wyczuję kłamstwo odbiję ci parę plomb, a potem zarżnę i wystawię twoje ścierwo za okno, żebym miał dla kogo grać. Jest godzina dwudziesta trzecia dziesięć. O pełnej chcę mieć to z głowy. Rozumiemy się?

Było mnie stać wyłącznie na skinienie głową.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

"Redaktorzy"

Główna bohaterka pracuje dla redakcji poczytnej gazety. Redaktor naczelna tego pisma jest powiązana z zamachem na żonę prezydenta. Próbuje skierować podejrzenia na dzienikarkę, która przyjaźni się z prezydentową.

- Był zamach! – krzyknęła naczelna zza drzwi.

Nie jadłam od dwóch dni normalnego posiłku, bo uganiałam się za kolejnym celebrytą, któremu urodziło się kolejne dziecko.

- Buła w rękę i do samochodu. Głucha jesteś? Był zamach!

- Skąd wiesz, że zamach? – Wiedziałam, co robię. Miałam jej dosyć, jak każdy. Żądała faktów, których nikt nie znał, dlatego  opowieści wyssane z palca miały najwyższa cenę. Siedziałam i kończyłam śniadanie.

REDAKTORZY

- Wezwałam panią do siebie, bo mam pewne wątpliwości. – Była ubrana jak zwykle w granatową garsonkę i białą męską koszulę, z postawionym kołnierzem. Wyglądała na więcej lat niż miała w rzeczywistości.- Współpraca z panią, to istna udręka. Jest pani apodyktyczna, zaborcza, można wymieniać bez końca.- Patrzyłam jej w oczy i wiedziałam, że kłamie, że wcale tak nie myśli. Czytała te wszystkie motywacyjne książki, więc wiedziała, że reguła „Pochwal, opierdol, pochwal” – działa. Robiła to specjalnie, żeby rozwalić każdego rozmówcę na dzień dobry.

- Ostatni artykuł o żonie prezydenta jest do dupy. Zbliżamy się do wyborów. Wszyscy wiemy, że on wygra. Pani nie? – Spojrzała w okno, za którym wrony zerwały się do lotu z takim wrzaskiem, jakby czuły jej obecność.

- Tak, chyba wygra. – delikatnie zacisnęłam zęby, żeby nie zdradzać swoich emocji.

- Mówi pani tak, jakby nie była pewna. Ma wygrać.

- Rozumiem.

- Co według pani oznacza słowo fikcja?

Pytanie było proste, za proste. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Wiedza, którą miałam na jej temat była konkretna, poparta faktami, zdjęciami i materiałami filmowym. Była kochanką przyszłego prezydenta.

- Sugeruje pani, że tego nie wiem, że nie wiem czym jest fikcja? – Zapytałam ze wściekłością psa, który ma ochotę zaatakować bez ostrzeżenia.

- Żona przyszłego prezydenta ma problemy.- Kiedy to powiedziała czułam, że wydarzy się coś złego.

Nie chcę być niegrzeczna, ale po co mi pani to mówi. Nie mam ochoty na problemy, a pani z pewnością je teraz tworzy.

- Droga Joasiu. Możemy mówić sobie po imieniu? – przysunęła krzesło, stosując jakieś bzdurne chwyty marketingowe, typu mowa ciała.

Ciało miała atrakcyjne, jak każdy w tej redakcji. Zarabialiśmy mnóstwo kasy, za fikcję, jaką tworzyliśmy..

- Tak, jeśli odpowie mi pani szczerze na moje pytanie. – Mowa ciała działa również w moim wykonaniu. Uśmiechnęłam się do niej, dotykając jej dłoni.

- Szczerze? Nie mogę, ale chcę ci coś zaproponować.  

Nie mogłam zasnąć. Wstałam, żeby wziąć kolejną tabletkę na sen. Chodziłam po pokoju zastanawiając się, czy nie będzie lepiej jeśli poinformuję kogoś o tej rozmowie. Nie przyjaźniłam się z nikim. Od jakiegoś czasu sypiałam z redaktorem naczelnym innej gazety. Był jedyną osobą, której ufałam. Trzęsły mi się ręce, kiedy sięgnęłam po telefon. Nie miałam zamiaru wdawać się w szczegóły, chociaż wiedział o mnie wszystko. Chciałam tylko poczuć się kobietą utuloną do snu czułymi wyznaniami po ciężkim dniu.

- Mogłabyś w końcu zmienić pracę – usłyszałam. – Jeśli tego nie zrobisz, daję ci pięć lat, a potem już żaden terapeuta cię nie pozbiera.

- Proszę, przyjedź.

- Nie dam rady.

Wzięłam chyba już czwartą tabletkę. Obudziłam się w środku nocy, której nigdy nie zapomnę. Od kilku godzin nie widziałam swojego psa. Właśnie to sobie uświadomiłam.

- Bury! – Nie miałam siły krzyczeć, bo coś zaciskało mi gardło. Odwróciłam głowę w stronę okna, padał śnieg. Jutro Wigilia. Ktoś grał na ulicy na trąbce „Wonderful world” Armstronga. Sięgnęłam ręką po szklankę z wodą, byłam pewna, że ją postawiłam na stoliku przy łóżku. Dotknęłam czegoś, co przypominało ramkę ze zdjęciem, wcześniej tam tego nie było. Zapaliłam lampkę. W tym właśnie momencie muzyka za oknem ucichła. Odruchowo położyłam zdjęcie na swojej twarzy. Podniosłam je z powrotem do góry, bo poczułam dziwną ciecz i zapach moczu swojego psa, który doskonale znałam. Odruch wymiotny był jedyną reakcją na to, co zobaczyłam. Siedział przywiązany do słupa na torach, a z dala widać było nadjeżdżający pociąg.

- Bury! – zwymiotowałam, trzymając się poręczy łóżka wysmarowanej krwią.

Zdjęcie cały czas leżało na podłodze. Pies miał przywiązany do szyi aparat fotograficzny, którym robiłam fotki naczelnej na Maderze. Nie byłam w stanie się ruszyć. Ktoś złapał mnie za włosy i szarpnął do góry.

- Witaj skarbie. – Zamaskowany mężczyzna postawił mnie na ziemi. – W zasadzie ty powinnaś stać na tych torach – związał mi ręce i pchnął na łóżko. – Pewnie jesteś zaskoczona – szeptał mi te słowa do ucha, zaciskając moje dłonie. – Zanim postanowimy oboje co dalej, poznamy się bliżej.

Moje oczy wpatrywały się w niego. Jego dłoń dotknęła mojego policzka.

- Co tam pani redaktor? Strach? To dziwne uczucie zwłaszcza, kiedy człowiekowi się wydaje, że go w sobie nie ma. Ma, każdy ma. Mam rację? – związywał moje nogi. – Powiążemy ze sobą kilka faktów – roześmiał się szyderczo i uderzył mnie w twarz. -  Mam nadzieję, że będzie miło. Spotkaliśmy się dzisiaj na prośbę kogoś wyjątkowego, dlatego przyjąłem tę propozycję. W innym przypadku strzeliłbym ci w łeb za te same pieniądze, bez marnowania czasu. Jutro Wigilia – przystawił krzesło do łóżka i usiadł na nim – dlatego im szybciej się wszystkiego dowiem, tym lepiej.

Nie wiem, czy się bałam. Wiedziałam, że chodzi o naczelną i o to, że odkryłam jej tajemnicę.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

"Washoku"

Eliza i Atsumi spotykaja się, by zmienić swoje życie. Obie straciły mężów. Atsumi zakochuje się w Elizie. Czy ta miłość bedzie spełnina? "Washoku" - fragment opowiadania

*

Eliza nie wiedziała, co zrobić z resztą dnia. Jeszcze miesiąc temu pracowała w firmie swojego męża. Byli franszyzo-dawcami, sprzedawali swoją licencję sieci sklepów odzieżowych na całym świecie. Wymyślili swoją  markę dziesięć lat temu. Byli w czołówce, nigdy jednak na górze rankingu najlepszych. On był motorem i mózgiem całego przedsięwzięcia. Znali się piętnaście lat, ale pobrali się dopiero dwa lata temu, kiedy zachorował. Wiedział, że umrze, dlatego zabezpieczył jej przyszłość. Po jego śmierci postanowiła sprzedać wszystko i rozpocząć nowe życie. Dziwne uczucie towarzyszyło tym zmianom. Zamykała stare sprawy, żegnając się z przeszłością. Tak naprawdę nie miała nikogo bliskiego, oprócz niego. Nie była samotna, bo cały czas czuła jego obecność, przywołując w myślach obrazy i momenty, w których czuli się szczęśliwi. Nie wiedziała jeszcze, co z tym zrobić, bo nie miała pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, dlatego trzymała się tych wizji. Leżała w łóżku i nie chciała wstawać przed dwunastą. Położyła przed sobą zeszyt zapisując, co ma jeszcze do załatwienia, zanim zacznie skupiać się na tym, co dalej. Napisała odruchowo ; moje marzenia. Patrzyła bezmyślnie na te słowa. Dziesięć lat temu zapisali je wspólnie, ich marzenia, które oprawili w ramkę i postawili na widocznym miejscu. Sprawdzali codziennie czy przybliżają się do nich. Osiągnęli bardzo dużo, ale nie dążyli do doskonałości. Ewoluowali razem, dojrzewali jak jabłka, które w końcu spadają z drzew, po to, by ktoś inny mógł zachwycać się ich smakiem. – A więc, tak to działa – pomyślała. Jeszcze tej jesieni wszyscy o nich mówili z zachwytem. Dziś, ta dojrzałość leży w łóżku samotna, skurczona ze strachu, odarta z czegoś pięknego, co zawsze czuła w środku. – Nic dwa razy się nie zdarza – powiedziała do siebie. – Już nigdy nie będzie tak samo. To, co stworzyłam w sobie zostało skonsumowane, przetrawione i wysrane przez życie. Moje sklepy będą nawozić inni. Mam nadzieję, że stworzyliśmy żyzną glebę. I o czym mam teraz marzyć? 

*

Atsuko miała trzydzieści sześć lat. Przyjechała do Polski osiem lat temu. Jej dziewczęcy typ urody, niski wzrost, ogolona głowa i styl w jakim się ubierała, nie zapowiadały, że po pięciu latach zostanie ordynatorem. Właśnie wychodziła na lunch do swojej ulubionej restauracji, w której można zjeść posiłek washoku, kiedy na odział przywieziono czterdziestoletnią kobietę z objawami zagłodzenia. Jej  nieprzytomne oczy wskazywały na to, że jest w ciężkim stanie wyczerpania.

- Zajmij się nią  Krzysztof – podniosła jej powieki do góry. – Chce popełnić w ten sposób samobójstwo. Kto ją znalazł?

- Zadzwoniła sama.

- To znaczy, że chce żyć. Wracam za dwie godziny Krzyś.

- Smacznego pani doktor. Co dziś na obiadek?

- To samo, co wczoraj. Zupka z jajka, wiórków bonito, z dodatkiem pieczarek.

- Nie zazdroszczę. W razie osłabienia, będzie wiadomo na co zgonić.

- Miłego popołudnia, dowcipcisiu.

- Mogłaby pani nie kaleczyć już naszego pięknego języka.

- Nie gadaj, zabieraj pacjenta.

*

Eliza zapisała w zeszycie tylko ; żyć dalej, i spędziła resztę dnia, jak zwykle od miesiąca, leżąc w łóżku. Nie jadła nic od tygodnia. Całe życie była na jakiejś diecie, głównie po to, żeby podobać się jemu. Tydzień bez jedzenia, dwa czy miesiąc, nie były niczym nowym. Zawsze czuła się wtedy lepiej. Tym razem też chciała poczuć się lepiej. Wstała, żeby zmienić koszulę, która była mokra od potu. Doszła do sztalugi, na której leżały szkice nowych kolekcji. Spojrzała w lustro i narysowała siebie, nagą, wychudzoną, bez twarzy. Ratowała swoje modelki niejednokrotnie przed anoreksją, tłumacząc im czym jest wewnętrzne piękno i szczęście.

Nie bała się snów, to z nich czerpała inspirację. Nigdy nie były mroczne, miały w sobie jakąś wyrazistość, było w nich zawsze dużo czerwieni, światła i japońskich motywów. Może dlatego spędzała tam każde wakacje. Lubiła być wtedy sama, bez niego. Rozumieli oboje, że harmonia we wszystkim w życiu jest najważniejsza. Pozwali sobie w tym czasie na rozstania. On odpoczywał w zupełnie innych zakątkach świata. Lubił góry.

Nie traciła wiary w życie. Traciła siłę.

*

- Jak się pani czuje? – Atsuko siedziała na łóżku Elizy, badając jej puls. – Lepiej?

- Tak, chyba tak. W każdym razie dziękuję, za uratowanie mi życia.

- Nie ma za co. Choć trochę to trwało. Sporo się wydarzyło ostatnio? Nie wiem, czy to pocieszy moją pacjentkę, ale mój mąż też zmarł. Osiem lat temu. Był Polakiem – uśmiechnęła się do niej – lekarzem. Proszę nic nie mówić. Nie współczuć mi, ani sobie.

- Dobrze mówi pani po Polsku – Eliza, patrzyła na jej sprawne dłonie, które właśnie szukają żyły do wbicia igły. – Nie może pani znaleźć? Nie pamiętam ile czasu nie jadłam, czułam się …

- Proszę już nic nie mówić. Za chwilę pani zaśnie.

Atsumi patrzyła na jej piękne oczy, które właśnie się zamykały.

*

- Atsumi, zamów mi taksówkę, spóźnię się na wykład.

Byli małżeństwem od roku. Był od niej dużo starszy. Pracowali w tym samym szpitalu w Kioto.

- Leszek, wychodź z tej łazienki. Taksówka podjechała.

- Dziękuję kochanie. Zostawiam ci samochód, zobaczymy się w szpitalu. Aha, po wykładach jadę jeszcze do pacjenta, prywatna wizyta. Potrwa godzinkę. Kocham cię – pocałował ją w usta od niechcenia, nie mieli czasu na czułości. Słowo kocham, było jedynym zapewnieniem od dłuższego czasu.

Dobieranie składników washoku zajmowało sporo czasu. Lubiła urozmaicenia. Do ryżu gotowanego na parze, konomono, ju dodawała ryby, które codziennie kupowała na targu, lub delikatne mięso. Posiłki i wszystko, co dotyczyło jej życia musiało być dopracowane w najdrobniejszym calu. Miała nadzieję, że Leszek właśnie za to ją kocha.

Tego dnia dotarła do szpitala o godzinie dwunastej z termosem zdrowego jedzenia, by mogli razem w trakcie lunchu celebrować jej kunszt kulinarny.

- Atsumi – jakaś pielęgniarka weszła do gabinetu, kiedy robiła porządek w szafkach z lekami. – Atsumi – powtórzyła, a jej głos był ledwo słyszalny.

- Tak? – odwróciła głowę, widząc za drzwiami biegnących do sali operacyjnej lekarzy.

- Leszek miał wypadek.

Trzymała go za rękę do końca. Kiedy przestała czuć jego ciepło, odeszła.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

"Pokaż mi horyzont"

Fragment opowiadania Elżbiety Walczak "Pokaż mi horyzont" ze zbioru "Nienasycenie" / premiera w listopadzie/

Nie wiedział, co czuje naprawdę. W jednej chwili szczęście, a za moment gniew i rozczarowanie.

Jaś był mały i drobnej postury. Jego skóra jakby prześwitywała. Anna widziała jak kurczy się jego gardziołko, które właśnie domagało się ciastka.

- Nie krzycz – uspokajała syna, który był zbyt mały, żeby zrozumieć, że muszą się po prostu upiec. – Spójrz, są w piekarniku i za chwilę będą gotowe. Cierpliwości.

Nie wiedział czym jest cierpliwość, podobnie jak jego ojciec.

- Jesteś mądrym chłopcem – powiedziała, gładząc go po policzku. - Zobacz, co tutaj mam. – Wyjęła z kieszeni fartucha małe pudełeczko, które nosiła od rana. – To prezent dla taty. Zanieś mu, dobrze?

Chłopiec uspokoił się na widok złotej wstążki, którą zawiązany był prezent. Pobiegł w stronę pokoju, w którym jego ojciec oglądał telewizję.

- Co to? – zapytał Adam małego chłopca, który szybko postawił pudełko na stole i pobiegł z powrotem w kierunku kuchni.

- Powiedział tatuś coś? – Jaś patrzył na nią ze łzami w oczach, bo nie wiedział czego wszyscy od niego oczekują, odciągając go od ciepłej szyby piekarnika. – Zostaw, jeszcze chwila – zdjęła jego rękę z szyby.

     Adam patrzył w ekran i wypowiadał w myślach słowa, których nie był świadomy. Jego twarz robiła się wtedy groźna, wydłużona i blada z napięcia. Rozejrzał się po pokoju, jakby szukał potwierdzenia na to, że jego myśli skierowane są do kogoś zupełnie innego. Zerknął w kierunku kuchni. Anna stała oparta o blat stołu, uśmiechając się do syna, który ciągnął ją za fartuch, śmiejąc się zbyt głośno. Czuł, jak ze złości zatrzymuje się powietrze w jego płucach i krew zaczyna napływać do skroni. W tym właśnie momencie Anna spojrzała na niego. Wiedział, że go ocenia, zapracowana przy urodzinowej kolacji dla niego.

- Mógłbyś w końcu otworzyć prezent. – Powiedziała z uśmiechem, który wymuszała na sobie, odkąd przestał zarabiać mniej, od czasu, kiedy stracił stanowisko w firmie brokerskiej. Od tego właśnie momentu jej twarz przestała wyrażać uczucia. Było w niej coś, czego nie potrafił określić. Nie wiedział czy to wściekłość, czy strach.

- Tak, zaraz to zrobię – odpowiedział, i odwrócił głowę w kierunku ekranu.

W jej głosie było coś, co go złościło. Obiecał sobie, że jak zadzwoni ten pracodawca, o którego mu chodzi, to znowu zacznie być miły i kochający. Taki jak dawniej. Obiecał sobie również, że będzie pracował ciężko, ciężej niż zwykle. Patrzył w jej kierunku i zastanawiał się, o czym myślą kobiety jak mówią o miłości. Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.

- Pomóc ci w czymś? – wziął do ręki pudełko i obracał je w różne strony.

Albo nie usłyszała, albo po raz kolejny zignorowała jego pytanie. Odstawił prezent z powrotem na blat stołu. Wziął piwo i bezmyślnie patrzył w telewizor. Mówili coś o poważnym kryzysie finansowym. Wstał i poszedł do kuchni. Anna schylała się, żeby otworzyć w końcu ten cholerny piekarnik. Dotknął jej pośladków, pochylił się nad nią, i poczuł gorące powietrze na swojej twarzy.

- Uwielbiam twoje ciasteczka – szepnął jej do ucha, wkładając rękę pod fartuch.

Jaś klaskał w ręce.

- Ty też je uwielbiasz, prawda? – wtulił się w nią tak, by poczuć jej piersi.

- Gotowe – uśmiechnęła się. Chciała jednak jak najszybciej chciała dotrzeć do pokoju, by uwolnić się z uścisków, które od dawna nie sprawiały jej przyjemności. Wzięła chłopca za rękę i usiedli razem na sofie, przy której stał stolik, a na nim nieodpakowany prezent. Mały oparł głowę na jej kolanach. Adam dotykał jej włosów. Wiedział, że pewnego dnia odejdzie, że będzie chciała lepszego życia. Poczuł się w tym momencie oszukany przez własne myśli. Słyszał w głowie jej głos. Pamiętał, kiedy po raz pierwszy powiedziała, że go kocha. Wierzył jej, tak samo jak wierzył w to, że im się uda. Już od dawna nie zapewniała go o swojej miłości.  

- Co to? – zapytał, biorąc po raz kolejny pudełko do ręki.

- Nie wiem, sprawdź – nieświadomie położyła rękę na jego udzie.

Poczuł w tym momencie znowu złość, jakby ciało zapomniało, czym jest jej dotyk. Zdjęła rękę i położyła ją na główce chłopca.

- Zgaś światło w kuchni, skoro jesteśmy tutaj. Musimy oszczędzać. – Otwierał prezent w czasie, kiedy ona zdejmowała syna ze swoich kolan.

Stała przez chwilę w ciemności czując strach i zapach swojego potu, który mieszał się z zapachem ciasta. 

- Przesadziłaś – usłyszała głos, który od dawna kojarzył jej się z dzieciństwem. Poczuła dreszcz i niepokój.

- Możesz tu przyjść?

Chłopiec spał, kiedy weszła do środka. Adam wstał i ruszył w jej kierunku.

- Przesadziłaś, ale dziękuję – odwrócił głowę, aby upewnić się, że Jaś śpi.

Dotknął jej szyi, jakby sprawdzał tętno. Przesunął dłonie do ust. Nie protestowały, ale nie były już tak miękkie jak kiedyś. Jego oczy mówiły wyraźnie – teraz. – Znała to spojrzenie, i każdą wyuczoną reakcję na coś, co już od dawna było nie do zniesienia. Ścisnął jej ramiona, żeby sprawdzić czy nadal są tak samo silne, by znieść kolejny ból.

- Przestań myśleć i odpręż się – dotykał jej brzucha, który po  porodzie nie chciał wrócić do dawnego kształtu.

- Nie schudłaś. – Wyraźnie ta myśl sprawiała mu radość. – Jego członek był już gotowy. – Nie jesteś doskonała.

- Wiem – odpowiedziała, nie spuszczając wzroku z syna, który ssał piąstkę przez sen. Ręce Adama przesuwały się wzdłuż uda. Ten dotyk budził w niej lęk. Miała nadzieję, że przestanie.

- Nie nosisz stanika od jakiegoś czasu. – Jego palce po raz kolejny zacisnęły się delikatnie na jej szyi.

Poczuła, że drży.

Ręce osunęły się, by dotknąć jej włosów łonowych.

- Są za gęste. – Jedna ręka trzymała ją za kark, druga wsunęła się do środka. Nie krzyknęła, nie mogła. Wiedziała, że tylko w taki sposób rozładuje jego napięcie.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

"Zadzwoniła śmierć jak wybawienie"

Fragment opowiadania "Zadzwoniła śmierć jak wybawienie" pochodzi ze zbioru opowiadań Elżbiety Walczak "Nienesycenie", które ukaże sie w listopadzie.

Niby było tak samo albo podobnie, ale przez ostanie kilka miesięcy coś nie grało. Nie mam na myśli porannych, radiowych audycji muzycznych, które włączam zaraz po przebudzeniu. Chociaż w zasadzie od radia się zaczęło.

Była Wielkanoc 2017 roku. Wielka Sobota - godzina siódma rano. Nastawiłam fale radiowe na 92,5 grali za szybko, a chciałam poczuć świąteczny nastrój, więc przesuwałam wskaźnik po różnych stacjach. Nie wiem czego konkretnie szukałam, może ballad albo jazzu, w każdym razie chciałam jeszcze przez pół godziny pogapić się w sufit. Mój palec zatrzymał się znowu na czymś średnio konkretnym, ale postanowiłam dać temu szansę. Usłyszałam, jak jakiś rozgoryczony facet krzyczy do słuchawki, że właśnie zadzwoniła do niego śmierć.

- I co powiedziała do pana śmierć? - Redaktorka miała miły, bardzo charakterystyczny głos.

- Że zostało mi pół godziny. Proszę nie odkładać słuchawki -  prosił.

- A gdzie ona teraz jest? – kontynuowała zadawanie pytań.

- Po drugiej stronie. – Mężczyzna wyraźnie płakał.

- Po drugiej stronie jestem ja. Proszę się mnie nie bać, nie zjem pana, ani nie zabiorę ze sobą.- Było słychać śmiechy w studio.

- Po drugiej stronie stołu, siedzi i rozkłada karty. Mam jedną wyciągnąć, jeśli to będzie AS dostanę w prezencie jeden dzień.

- A jeśli, to nie będzie AS? – zapytała.

- Nie wiem.

- To niech pan spyta.

Zapadła w słuchawce cisza.

- Powiedziała, że jeśli to nie będzie AS, to umrę.

- Czy nie wydaje się panu, że zwrócenie się o pomoc do psychiatry jest lepszym rozwiązaniem, niż dzwonienie do radia. Też tak uważałam. Chciałam przesunąć wskazówkę na inną stację, ale usłyszałam trzask i dziwny huk, którego nie byłam w stanie określić i cichutki kobiecy głos w mojej głowie : „Wszyscy byliście świadkami”.

- Chyba byliśmy świadkami czegoś niezwykłego, a teraz czas na reklamy.- Powiedziała pani redaktor i pulsowało w eterze: „Reklamy, czas na reklamy”.

Wyłączyłam radio i poszłam do łazienki, żeby wziąć prysznic. Nie zastanawiałam się nad sensem tego, co usłyszałam, bo takich pajaców, którzy dzwonią do radia, czy do telewizji, żeby potem odtworzyć kolegom z pracy swój niby wywiad jest paru. Myłam włosy przereklamowanym szamponem. Nie były po nim ani błyszczące, a z pewnością nie zmieniała się ich objętość i długość. Pachniał nieokreślonym zapachem, a jedyne czego chciałam masując się po skroniach, to zostać ambasadorką jakiegoś chodliwego gówna, żeby w końcu pozbyć się finansowej zapaści. Święta chyba skłaniają do takich smutnych refleksji. Śniadanie zjadłam sama, bo po raz kolejny nie spełniła się w moim życiu miłość, której pragnęłam, a stosunki rodzinne i blade twarze członków rodziny chciałam już tylko oglądać na zdjęciach. Wieczorem jadę na warsztaty rozwoju duchowego. Uznałam to, za jedyny ratunek dla siebie. Pięć dni z takimi jak ja. Może się czegoś dowiem o ludziach, którym anioły siedzą na ramionach. Zapaliłam papierosa i słuchałam burzy za oknem. O tej porze roku, to trochę dziwne – pomyślałam. Błysk za oknem spowodował, że zobaczyłam twarz swojej matki i moment w którym umierała. Nieświadoma tego faktu, zerknęłam na papierosa, który nie wiedzieć dlaczego przestał się palić. Sięgnęłam po zapalniczkę, która przestała działać. Spojrzałam na swoje odbicie w szybie okna, czułam się samotna i wypalona jak ten papieros, który zgasł bez powodu. Święta pamiętam tylko z okresu dzieciństwa. Nigdy nie byłam nimi zachwycona.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.